Puchar PKZW 2010 - Sandacz
W sobotę 9 stycznia na zamarzniętej tafli jeziora Scugog wędkarze PKZW zawodami sandaczowymi otworzyli 19 rok swego istnienia na ontaryjskich łowiskach.
Wszyscy wiemy, że wędkarskie hobby wymaga rannego
wstawania. Zwłaszcza w dzień zawodów nie można się przecież spóźnić. Zbiórka
uczestników zawodów sandaczowych wyznaczona była na godz. 6:30 rano w Port
Perry.
Dzwonek budzika oznajmia, że trzeba wstawać. Teraz tylko szybko się ubrać, łyk herbaty i odpalamy swoje maszyny, które szczęśliwie dowiozą nas na jezioro. Po drodze zabieramy kolegów, no bo jakoś jazda w towarzystwie jest zawsze milsza niż słuchanie porannego radia samemu.
We wczesny sobotni ranek pogoda całkiem dobra, jak na tę porę roku: -17°C, lekki wiatr, brak opadów śniegu. Pierwszy postój robimy na Jane Street przy sklepie wędkarskim Pro-Line. Właściciel sklepu wita nas jako pierwszych klientów tego dnia, pakuje to, co zamówiliśmy, życząc powodzenia w zawodach. Prócz zapłaty otrzymuje od nas kalendarz PKZW 2010.
Dalsza droga upływa nam, jak zwykle, na pogaduszkach na tematy wędkarskie. Pierwszy Tim Hortons na trasie to wyczekiwana szansa zaopatrzenia się w kawę. Łyk małej czarnej orzeźwia i dodaje energii w dalszej drodze. Zbliżamy się do Port Perry.
Na miejscu zbiórki jesteśmy o godz. 6:15. Witamy się z
kolegami, a nasza Złota Rybka zapisuje chętnych do udziału w zawodach. Każdy z
wędkarzy otrzymuje kalendarz PKZW 2010. Czas upływa i nadjeżdżają kolejni
wędkarze. Po prawie półgodzinnych pogawędkach kawalkada pojazdów udaje się
wreszcie na miejsce zawodów. Jest jeszcze ciemno, gdy wędkarska brać zakłada
swój zimowy ekwipunek - kombinezony, ciepłe buty, czapki i grube rękawice.
Sprzęt wędkarski już gotowy na sankach - za moment odprawa.
Prezes PKZW oficjalnie wita wędkarzy i przedstawia regulamin zawodów. Łowimy sandacza, ale możemy też dołowić 20 okoni i 20 crappie. Zgodnie z zasadami, możemy wziąć sandacza długości od 35 do 50 centymetrów. Limit: 4 sztuki, koniec zawodów: godz. 13:00.
Wędkarze rozpraszają się po tafli jeziora, wiercą otwory w lodzie, aby po chwili wrzucić do przerębla przynętę. Obserwuję kolegów, którzy mimo mrozu wszystkie czynności wykonują z wielką wprawą. Widać, że lata wędkowania robią swoje. Przynęty w wodzie, namioty postawione - teraz tylko czekamy na branie sandacza. Upływają minuty i wkrótce na horyzoncie za drzewami widzę wstające słoneczko. Tak jak synoptycy przewidywali, dzień zapowiada się na słoneczny, z temperaturą -10°C przy wietrze północnym 15 km na godzinę.
Jest pierwsza rybka! To Andrzej Gorlewski wciąga
crappie. Obiektyw Nikona dokumentuje pierwszą zdobycz na pierwszych zawodach
PKZW w 2010.
Rozglądam się po lodzie. Wzrok zatrzymuje się na Januszu
Kawalcu, który ma dużą Rybę. Podbiegam do niego. To muskie - na tym akwenie jest
ich sporo. Janusz wyjmuje haczyk, robimy zdjęcia i ryba wraca do wody. Obejmuje
ją jeszcze okres ochronny. Mimo, że to nie sandacz, Janusz jest jednak
zadowolony. Tak to już bywa - nie zawsze mamy to, co chcemy.
Wkrótce, na lodzie pojawiają się kolejne rybki. Okonie, ale niestety małe.
Czas upływa, a w miejscu gdzie jestem nic się jakoś nie dzieje. Męczące mnie od dwóch dni podziębienie zmusza, bym na jakiś czas wrócił do samochodu. Czas biegnie szybko, ale zaraz po godz. 10:00 wracam na lód. Ciekaw jestem, co się wydarzyło podczas mojej nieobecności.
Ela Flaga złowiła tylko małe okonie. Mimo zmiany miejsca Andrzej Gorlewski też sandacza nie ma. Kolejni wędkarze, których odwiedzam, mówią tylko o bardzo małych okoniach. Mijam Ryśka Rolkę, który zmienia miejsce wędkowania, ale mówi, że ma sandacza. Marian Mulas też złowił jednego, i to sporego, ale musiał go wypuścić, bo był o 2 centymetry za duży! Mimo tego pecha Marian wierzy jednak, że "sandałki" jeszcze wezmą.
Roman Mikucewicz też łowi tylko okonie. Gdy przychodzę do Bogumiła Brzezińskiego, akurat ma branie, więc zacina, ale niestety ryby nie ma. Mówi, że z samego rana wyciągnął jednego sandacza, ale potem to już tylko okonki.
Kończę swój obchód i wracam do Andrzeja Gorlewskiego. Chwilę rozmawiamy o rybach, pogodzie i polityce, a potem idę się rozgrzać w samochodzie. Po jakimś czasie do samochodu dochodzi Andrzej. Też jest zmęczony więc ucinamy sobie małą drzemkę.
Dochodzi pierwsza - pora grzać kiełbaski zasponsorowane przez
Janka Skalskiego. Zaczynają się schodzić głodni i zmęczeni wędkarze. Siedemnastu
brało udziału w zawodach, a do ważenia przynieśli trzy sandacze, okonie i
crappie.

Kilka słów Bogumiła Brzezińskiego. (video)


